Anna Onichimowska


o mnie
książki

• ważniejsze publikacje

• spolszczenia i antologie

• wydania obcojęzyczne

• książki czytane

• recenzje

• zapowiedzi


scenariusze

trofea

kontakt

przyjaciele
fotografie


 

 

Gdybym miał konia

Krzysztofa Pączka droga do sławy

Duch starej kamienicy

Daleki rejs

Dobry potwór nie jest zły

Samotne wyspy i storczyk

Żegnaj na zawsze

Trudne powroty

Najwyższa góra świata

Dzieci zorzy polarnej

Koniec świata i poziomki

Aleksander

Gdzie jesteś, tatusiu?

Tam, gdzie wiedźma leci w piaskowej zamieci

Zasypianki na każdy dzień miesiąca

Sen który odszedł

Maciek i łowcy duchów

Hera moja miłość

Lot Komety

O zebrze, która chciała być w kwiatki

O jeżu, który znalazł przyjaciela

Tajemnice Początku. Mity o stworzeniu świata.

Żółta zasypianka

Wieczorynki z kotem Miśkiem

Bliscy nieznajomi

Daleko czy blisko

O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg

Wieczorynki z żółwiem Antosiem

O kangurku, który został listonoszem

Dzień czekolady

Dziesięć stron świata

Wieczorynki z Wielką Kaczką

Trzecie oko

Galaktyczni szpiedzy

O zwierzaku, którego nie było

Piecyk, czapeczka i budyń

Kiedy byłam mała / Kiedy byłem mały

Demony na smyczy

Gdybym była chłopcem / Gdybym był dziewczynką

O kocie, który został czarodziejem

Koniec gry

Czas meteorów

Pomiędzy

Tajemnica Malutkiej

Zupa z gwoździa

Osiem metrów niespodzianki

Za szafą

Prawie się nie boję

Z głową pod dywanem

 

 

 

współautor: Grzegorz Kasdepke
wyd. Literatura 2009, il. Joanna Olech,
opracowanie graficzne: Ola Cieślak

Kiedy Anna Onichimowska była mała – niedobrą zupę wlewała do szuflady kuchennego stołu, z workiem na kapcie uciekała z przedszkola, a na spacerach po Warszawie zbierała olszówki. Trochę było jej przykro, kiedy urodził się brat Grześ, ale – w końcu się polubili i to jak!
Kiedy Grzegorz Kasdepke był mały – potrafił przenikać przez niewidzialny mur, który stał w jego domu, był zastępcą szefa podwórkowej bandy i uwielbiał kluski kładzione. Zimą z sankami leciał na Magdalenkę (to taka górka w Białymstoku) i bał się trochę dozorcy, który rzucał w dzieciaki kawałkami cegieł…

 

 


recenzja >


fragment:

MIEJSCA
Kiedy byłam małą dziewczynką, mieszkałam w Warszawie, na ul. Wawelskiej. Nie była tak ruchliwa jak dzisiaj, a na jej trawnikach jesienią rosły olszówki. Zbierałyśmy - te malutkie - razem z babcią, a potem marynowałyśmy. Dużo później dowiedziałam się, że są szkodliwe.
Po drugiej stronie ulicy był sklep. Bardzo lubiłam tam chodzić. Można było w nim kupić okrągły świeży chleb z chrupiącą skórką, ziemniaki, lizaki, kiszoną kapustę i banany z pianki cukrowej. Pachniało w nim myszami, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo - szczerze mówiąc - nigdy nie wąchałam żadnej myszy.
Nasze mieszkanie składało się z dwóch pokoi, dużej kuchni z piecem na węgiel i łazienki. Drzwi do łazienki miały na dole rząd okrągłych otworów. Czasem kładłam się przed nimi na brzuchu, aby przyglądać się, jak się kąpie mama, tato albo babcia. Wydawało mi się to niezwykłe i bardzo ciekawe.
Na wakacje jeździliśmy do Urli. Nie było tam wówczas asfaltowych ulic ani ośrodków wczasowych tylko łąki, las i rzeka Liwiec. U naszych gospodarzy w ogrodzie rosło ogromne liściaste drzewo, a w jego dziupli mieszkały jelonki. Wylatywały pod wieczór. Miały wielkie czarne skorupy i rogi. Bardzo się ich bałam. Babcia zmiatała je z werandy na szufelkę i wynosiła z powrotem do ogrodu.
Kiedy urodził się mój brat Grzegorz, przeprowadziliśmy się do większego mieszkania, na rogu al. Niepodległości i Rakowieckiej. Nie miało dużego podwórka, tylko malutkie, wybetonowane, z jednym krzaczkiem bzu w kącie. Z balkonu przy głównym pokoju był widok na więzienie.
Chodziłam do przedszkola w Łazienkach. Ustawiali mnie zawsze w pierwszej parze, ponieważ miałam długie loki. Nie przepadałam za tym, ale nikt nie chciał mnie słuchać. Nikt nie chciał również słuchać, kiedy mówiłam, że coś mi nie smakuje, a więc często przekładałam obiadowe dania do szuflady stolika, przy którym jadłam. Wszystko się wydało, kiedy przelałam tam zupę i stolik zaczął przeciekać. Dużo bardziej od ogródka przy przedszkolu podobał mi się park, więc często do niego uciekałam. Zawsze zabierałam ze sobą woreczek z kapciami. Wszyscy się na mnie za te ucieczki gniewali, a ponieważ byłam niepoprawna, rodzice musieli mnie stamtąd wypisać.
Na Gwiazdkę i Wielkanoc jeździłam do moich krewnych do Łodzi. To było ogromne wysokie mieszkanie z salą balową i amorkami na suficie. Miało długi mroczny korytarz, w którym mieszkały duchy przodków i wielką kuchnię, przez którą się do mieszkania wchodziło.

RODZINA
Mieszkałam z mamą - Danusią, tatą - Leonem i babcią Lonią. Mama nie miała dla mnie wiele czasu - pracowała w szpitalu jako lekarz. Czasem miewała dyżury i wtedy nie wracała do domu na noc. Na co dzień ładnie się ubierała i malowała, a w pracy chodziła w białym fartuchu, ze słuchawkami na szyi. Chciała, żebym ja też była ładnie ubrana, ale nie zawsze to, co się podobało mojej mamie, podobało się również mnie i wtedy się na mnie o to gniewała.
Tato chodził do pracy z teczką i w garniturze. Pracował w Związkach Zawodowych. Często przynosił mi książki. Uwielbiałam je oglądać i bazgrać kredkami po marginesach. Nie mogłam doczekać się chwili, aby ktoś mi poczytał. W czasie wojny tato był żołnierzem i partyzantem. Opowiadał o walkach, potyczkach i zasadzkach. Również o więzieniu, do którego trafił razem ze swoim bratem Bogdanem. Nigdy nie poznałam tego wujka. Rozstrzelali go Niemcy, kiedy miał 17 lat.
Kiedy byłam już starsza i miałam brata, tato zaczął pracować jako dziennikarz w "Kontynentach". Podróżował po całym świecie. Przywoził niezwykłe owoce, afrykańskie maski, dzidy i rogi antylop. No i setki slajdów. Oglądaliśmy je później w powiększeniu, na ścianie, a tato opowiadał o pustyniach i dżunglach, piramidach i dzikich zwierzętach.

 

 

Design Marta Maro