Anna Onichimowska


o mnie
książki

• ważniejsze publikacje

• spolszczenia i antologie

• wydania obcojęzyczne

• książki czytane

• recenzje

• zapowiedzi


scenariusze

trofea

kontakt

przyjaciele
fotografie


 

 

Gdybym miał konia

Krzysztofa Pączka droga do sławy

Duch starej kamienicy

Daleki rejs

Dobry potwór nie jest zły

Samotne wyspy i storczyk

Żegnaj na zawsze

Trudne powroty

Najwyższa góra świata

Dzieci zorzy polarnej

Koniec świata i poziomki

Aleksander

Gdzie jesteś, tatusiu?

Tam, gdzie wiedźma leci w piaskowej zamieci

Zasypianki na każdy dzień miesiąca

Sen który odszedł

Maciek i łowcy duchów

Hera moja miłość

Lot Komety

O zebrze, która chciała być w kwiatki

O jeżu, który znalazł przyjaciela

Tajemnice Początku. Mity o stworzeniu świata.

Żółta zasypianka

Wieczorynki z kotem Miśkiem

Bliscy nieznajomi

Daleko czy blisko

O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg

Wieczorynki z żółwiem Antosiem

O kangurku, który został listonoszem

Dzień czekolady

Dziesięć stron świata

Wieczorynki z Wielką Kaczką

Trzecie oko

Galaktyczni szpiedzy

O zwierzaku, którego nie było

Piecyk, czapeczka i budyń

Kiedy byłam mała / Kiedy byłem mały

Demony na smyczy

Gdybym była chłopcem / Gdybym był dziewczynką

O kocie, który został czarodziejem

Koniec gry

Czas meteorów

Pomiędzy

Tajemnica Malutkiej

Zupa z gwoździa

Osiem metrów niespodzianki

Za szafą

Prawie się nie boję

Z głową pod dywanem

 

 

 

Nasza Księgarnia 1986
il. Stanisław Rozwadowski
Literatura 1998, 2008, il. Aneta Krella-Moch

Na strychu pewnej kamienicy mieszka duch Maciek. Jest mały, niepozorny, nie umie straszyć, a więc staje się duchem opiekuńczym. Próbuje pomóc mieszkańcom w pozbyciu się mrówek faraona: dzikich lokatorów, których ilość zwiększa się w zastraszającym tempie każdego dnia i które mimo swojego mikroskopijnego rozmiaru mówią bardzo grubymi, silnymi głosami... Duch Maciek dostał od czytelników książki dużo listów i słodyczy, a autorka - na ich prośbę - napisała dalszy ciąg opowieści "Maciek i łowcy duchów".
Książka czytana jest z upodobaniem zarówno przez dzieci z pierwszych klas szkoły podstawowej, jak i przez 14-latki.

 

 


recenzja >


fragment:

Mam na imię Maciek. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że jestem duchem. A duchy przeważnie noszą imiona bardziej osobliwe. Mój ojciec na przykład nazywa się Oktawiusz, a matka Porcja. Mam także dwóch braci – Sykstusa i Kalasantego. Są ode mnie sporo starsi. Ja byłem najmłodszym dzieckiem i – zdaniem mojej rodziny – najbardziej niewydarzonym. Nigdy nie lubiłem nikogo straszyć, łańcuchy obcierały mi pięty, a kula u nogi wydawała się czymś zbędnym i w najwyższym stopniu kłopotliwym. Od wydawania przeraźliwych dźwięków bolało mnie gardło, a od przewracania oczami dostawałem zapalenia spojówek. Ale w końcu nie wszystkie duchy muszą być takie same. Przynajmniej ja tak uważałem. Rodzina nie podzielała jednak mojego zdania i traktowała mnie jak odmieńca.
Z biegiem lat przepaść między mną a resztą rodziny pogłębiała się. Nie wspomniałem o najbardziej wstydliwej sprawie – to znaczy wstydliwej nie dla mnie, przyzwyczaiłem się już do swojej postury – ale ona to przelała, jak się zdaje, czarę goryczy moich najbliższych. Otóż, wyobraźcie sobie, w wieku dwóch lat przestałem rosnąć. Zważywszy, że liczę sobie w tej chwili lat sto dwadzieścia (co nie jest zresztą dla ducha wiekiem podeszłym), powiedzmy sobie szczerze – jestem niewielkiego wzrostu.
Kamienica, w której mieszkam, była moim domem od dnia narodzin. Jest jeszcze starsza ode mnie – rodzina przeprowadziła się do nowo wybudowanego domu zaraz po narodzinach mojego średniego brata – Kalasantego. Czyli ma około stu czterdziestu lat. Dla pięciu osób metraż był jednak zbyt skromny, tym bardziej że reszta rodziny jest słusznego wzrostu i ceni sobie przestrzeń życiową – obszerne strychy, rozległe podziemia, długie, najlepiej kręte schody, a mama – nie ma co ukrywać – zawsze marzyła o jakiejś porządnej wieży.
Bracia odeszli, kiedy nie miałem jeszcze całych dziesięciu lat. Nie widziałem ich od tej pory. Rodzice zostali jeszcze ze mną przez parę lat, chociaż widziałem, że było to dla nich duże poświęcenie. W końcu jednak, po wprowadzeniu się do naszej kamienicy nowej dozorczyni, mama spakowała całuny, wyściskała mnie i poszybowała wraz ze swym mężem Oktawiuszem gdzieś w nieznane. Była energicznym duchem rodzaju żeńskiego i sądzę, że znalazła wieżę, na którą wpędza mojego starego ojca o północy, siejąc popłoch wśród okolicznej ludności.
Tyle z historii rodziny. Sądzę, że nie będę już wracał do tego tematu, zważywszy, że to jednak zamierzchła przeszłość (sto lat z górą) no i że, niestety, od tych stu lat nie otrzymałem od nich żadnej wiadomości.
Mieszkam na strychu. Energia dozorczyni wyczerpała się na szczęście na porządkowaniu trzeciego piętra. Strych pozostał właściwie taki, jak za czasów moich rodziców. Przybyło tylko jeszcze na nim wiele interesujących przedmiotów. Tak jakoś dziwnie się składa, że nikt z lokatorów nie może się do końca zmieścić w swoim mieszkaniu. Każdy przynosi coś na górę. I tak przybywa mi mebli, a ubywa przestrzeni życiowej. Ale jestem w końcu bardzo małym duchem i nie muszę mieć jej wiele. Tak czuję się dużo przytulniej. No i mam właściwie wszystko, co jest potrzebne. I wszystko, co jest niby niepotrzebne, ale przecież zawsze – nigdy nie wiadomo kiedy i po co – może się przydać.
Po pierwsze i najważniejsze – mam wielki pluszowy fotel. Ma co prawda dziurę, z której wychodzi włosie, ale to właśnie bardzo dobrze. W zimowe śnieżne noce zagrzebuję się w nim po uszy, żeby nie słyszeć hulającego wiatru i nie czuć latających po podłodze strumyków zimnego powietrza. Już od dzieciństwa miałem skłonność do reumatyzmu.
Po drugie mam: dwa drewniane stołeczki i jedno miękkie krzesło, kawałek szafy, łóżko żelazne bez materaca, kawałek lustra, umywalkę bez kranów, dwa wiadra (w tym jedno dziurawe), kufer z książkami, kilka walizek kobiecych sukien – parę z nich (to znaczy z sukien, nie walizek) ma nawet pióra i ogony! Wiecie chyba, jak wyglądają ogony u sukien? Nie są wcale podobne do ogonów żadnych zwierząt, po prostu suknia nie kończy się równo z ziemią, tylko dalej. Nie bardzo umiem lepiej to wytłumaczyć... No, taka suknia z tyłu ciągnie się i ciągnie za właścicielką, i potem jest już czysta podłoga.
Najbardziej lubię tę purpurową. Szkoda, że nie możecie jej zobaczyć. Ale spróbujcie sobie wyobrazić: jest z aksamitu (to taki mięciutki, puchaty materiał), ma wyszywane perłami róże, kilka falban, koronki i mnóstwo piór poprzyczepianych w rozmaitych miejscach. Do niej jest też kapelusz z takiego samego materiału, z poukładanymi na wierzchu owocami i papugą. Oczywiście, te owoce są też z materiału i papuga jest zupełnie sztuczna. I pewnie dobrze, bo jakoś nie mam szczęścia do ptaków. Jeden z nich – taka czarna, złośliwa paskuda – mieszka nawet ze mną na strychu. Zalęgła się u mnie już parę lat temu i wcale nie chce się wyprowadzić. Ma na imię Wiesława i jest sroką.
– Same kłamstwa! Jestem śliczna, mam anielski charakter i na imię Joanna!
– Cicho bądź! Nie wtrącaj się! To ja opowiadam! Nie słuchajcie jej, ona bez przerwy kłamie...
– Sam kłamiesz! Nikt ci nie uwierzy, że nie lubisz straszyć i że jesteś sympatyczny! Jesteś małym zasmarkanym niedołęgą! Zawsze chciałeś być straszny, tylko że jak zaczynałeś wyć, wszyscy pękali ze śmiechu... Głupi Maciek!!!
Uciekać. Czym prędzej uciekać. Uff, tu już jej nie słychać. Koszmarne ptaszysko. Oszukuje mnie bez przerwy. Kiedy mówi, że pada deszcz, prawie na pewno jest piękna pogoda. Ale, niestety, prawie. Bo jest bardzo sprytna. Dawniej, kiedy mówiła, że świeci słońce, od razu ubierałem się ciepło, zakładałem kalosze i brałem parasol. Teraz więc kłamie co drugie zdanie i nigdy nie wiem, które z nich jest prawdziwe. Najlepiej w ogóle jej nie słuchać, bo można dostać pomieszania zmysłów. Ja nawet sądzę, że ona już dostała. Od swojego własnego gadania. I że czasem sama nie wie, kiedy mówi prawdę, a kiedy kłamie. Wszystko jej się pomieszało.

 

 

Design Marta Maro